Oversharing Concept
Gdy dostajesz za dużo...
Kiedyś to była poranna gazetka. Pachnąca papierem i świeżym drukiem, nowiutka, przez nikogo nietknięta. Do śniadania albo chwilę po, by sprawdzić, co w modzie piszczy, poznać punkt widzenia ulubionych dziennikarzy, zachwycić się sesją zdjęciową, względnie lekko zażenować. Może i mignęła jakaś kronika towarzyska, jakaś ścianka, lista najlepiej i najgorzej ubranych, ta pokazała nogi, a tamta zakryła ręce i jak w ogóle mogła pomyśleć, że będzie jej to pasować?
A potem był poranny komputer i przegląd blogów oraz bardzo powoli powstających stron internetowych ulubionych magazynów. Znów: moda, punkt widzenia ulubionych blogerek, sesja zdjęciowa może i bez ekipy oświetleniowej, ale za to bliżej codzienności, a zamiast kroniki towarzyskiej - forum Moda na Gazecie z głównodowodzącą mącicielką pod pseudonimem La Parisienne (IYKYK - a kto doesn’t know, to taka tajemnicza postać, która niezwykle skutecznie trolowała każdy wątek, zwykle argumentując swoją wyższość miejscem zamieszkania).
Chwilę później komputer zamienił się w telefon, blogi i portale ustąpiły miejsca Facebookowi, następnie Instagramowi czy TikTokowi. Moda - jest, punkt widzenia - jest, zdjęcia zamieniły się w video, coraz bardziej zresztą profesjonalne. Ploteczki - na zamkniętych grupach. Wszystko jakoś tak szybko przelatuje, trendy przyśpieszyły, twórców jest tylu, że nie sposób spamiętać, no i wszędzie wskoczyły reklamy, których często nie da się odróżnić od treści niekomercyjnych. Wciąż jednak dajemy radę i sobie tę lekką prasówkę co rano dawkujemy.
Ale nagle coś dziwnego się wydarzyło. Nie dopiję jeszcze pierwszej kawy, a już wiem, że X ma kryzys w związku, Y przerwała terapię, a Z poleca nowy suplement, który na dobre odmienił jej relację z lodówką. Wszystko super, niech sobie mają lub nie mają, problem w tym, że ja ich nie znam, a z tak intymnych rzeczy nie zwierzają mi się nawet najbliżsi znajomi. Co więcej, wcale nie obserwuję tych osób, które z entuzjazmem opowiadają o najmroczniejszych meandrach swojego życia. Nie pisałam się na to, ale algorytm wie lepiej. Żeby odnaleźć naprawdę interesujące treści, trzeba się nieźle nagimnastykować. Chyba że kogoś kręci prywatne życie obcych ludzi, wtedy - raj na ziemi.
A zaczęło się niewinnie. Ktoś gdzieś po raz pierwszy w historii internetu wrzucił do sieci zdjęcie swojego śniadania i spodobało mu się, że wywołało reakcje. Potem zdjęcie swoich butów. I sypialni. Potem pierwszy raz podzielił się selfie w lustrze, tym samym ujawniając twarz. Skoro i to wywołało entuzjazm odbiorców, zaczął wrzucać więcej i więcej. Gdy powiększyła mu się rodzina, nie omieszkał tego zaznaczyć w internecie. Gdy wylądował na ostrym dyżurze, pamiętał, by wrzucić na Instagram selfie ze szpitalnego łóżka. Publiczność rosła, ale też stawała się coraz bardziej wymagająca. “Coś takiego jesz na śniadanie? Wstyd!”. “Nie sądziłam, że ktokolwiek jeszcze chodzi w takich butach, hahahaha”. “Mieszkanie to chyba urządzałaś przed transformacją lol”. “Zasłoń twarz, maszkaronie!”. I tak dalej. Smutek? Troszkę tak, ale zaraz, zaraz, zwiększa się liczba obserwujących, wzrasta zaangażowanie, pojawiają się propozycje współprac, to chyba da się przeżyć. Wrzućmy zatem coś kontrowersyjnego, niech liczby rosną!
Niestety kontrowersja okazuje się zbyt skomplikowana, za nudna i nie ma chwytliwego początku, więc trzeba nad nią popracować. Więcej szczegółów, więcej przykrości i ciężkich przeżyć, więcej dramatów, może jeszcze da się z kimś pokłócić publicznie, to dopiero będzie sukces! Jeśli nie mamy w zwyczaju popadać w konflikty, zawsze możemy podzielić się jakąś poważną prywatną historią, bez udziału osób trzecich lub dobrze kamuflując ich tożsamość. Historia może być prywatna lub zawodowa. Byle miała haczyk, by publiczność podchwyciła i wysłuchała lub przeczytała do końca.
No dobrze, takie prawa mediów społecznościowych, albo “grasz w grę”, albo giniesz. Obserwuję jednak przeniesienie nadmiernego dzielenia się prywatnością do sfery analogowej, że tak się wyrażę. Czyli do życia realnego, poza internetem. Widzę kogoś po raz pierwszy w życiu i mam nadzieję, że dobrze zapamiętałam imię, a już znam historię jego zdrowia psychicznego, numer farby do włosów, datę ostatniej miesiączki oraz największy rodzinny sekret. Początkowo myślałam, że wzbudzam zaufanie i to nawet było całkiem miłe. Ale chyba jednak nie o to chodzi.
Myślę, że media społecznościowe mocno nas przestawiły na tryb ciągłego nadawania, z ograniczonym odbiorem. Z jakiegoś powodu uznajemy, że musimy się dzielić, musimy “share’ować content” swojego życia ze wszystkimi po kolei, inaczej nie dostaniemy wystarczającej liczby polubień. Albo sama nie wiem, czego jeszcze. Bo nie to, że sama jestem tutaj czysta jak łza. Dziś żałuję, że tyle o sobie powiedziałam, zarówno w sieci, jak i czasem poza nią, choć i tak uchodzę za osobę, o której wiadomo bardzo mało.
Największy luksus w dzisiejszych czasach? Prywatność. Nie tylko dlatego, że nikt nas nie zna i mamy święty spokój. Również dlatego, że prywatność świetnie się sprzedaje i doskonale zarabia. Jeśli nie musisz się nią dzielić, to znaczy, że doskonale sobie radzisz zawodowo i finansowo gdzieś indziej, w ciszy i spokoju - brutalne, lecz prawdziwe. “A co jeśli chcę się nią dzielić?” - słyszę własne pytanie. I wtedy się zastanawiam, czy aby na pewno chcę, czy może jednak to automat, który sobie włączyłam wraz z ustawieniem pierwszego hasła na Instagramie, a potem poszło.
Pierwsza refleksja przyszła kilka dobrych lat temu, gdy byłam na genialnym śniadaniu, ale zamiast jeść, ustawiałam talerz do zdjęcia. Z jednej strony chciałam się podzielić z Wami super berlińską miejscówką (bo miejscem akcji był Berlin, z którego od lat przygotowuję mini przewodniki), ale z drugiej byłam głodna i miałam pierwszy spokojny poranek od dawna, z wyzerowanymi obowiązkami. Kto w tym momencie był ważniejszy?
Druga refleksja, śmieszno straszna, niosąca naukę, by zawsze autoryzować cały wywiad, łącznie z tytułem, pojawiła się, gdy pewien portal przeprowadził ze mną rozmowę na temat zmniejszenia piersi. Bo postanowiłam się tym faktem ze swojego życia podzielić, aby innym było łatwiej. Wywiad wyszedł całkiem ok, dopóki na głównej stronie portalu nie ujrzałam tytułu. Uwaga, będzie oversharing, ale z misją ostrzegawczą. Tytuł brzmiał: “Mówili mi, że mam “cyce jak donice”. A ja lubiłam swoje duże piersi”. Dodam tylko, ze nie była to rozkładówka w Playboyu… Do dziś na wszelki wypadek nie przeczytałam sekcji komentarzy. Pocieszam się, że być może ten clickbait podniósł na duchu choć jedną kobietę.
Kolejne refleksje przychodzą za każdym razem, gdy zobaczę, przeczytam lub usłyszę za dużo wbrew własnej woli. Bo nie chodzi mi o to, że nie rozmawiam z bliskimi osobami o rzeczach poważniejszych niż pogoda albo plany obiadowe. Po prostu do głębszej rozmowy potrzebny jest czas. Budzi moje podejrzenia taki skok w głębiny po pięciu minutach znajomości (lub nieznajomości nawet, biorąc pod uwagę to, co dzieje się w mediach społecznościowych). Tworzy się dziwny paradoks powierzchowności z intymnością. Oraz pozory przyjaźni czy innych związków.
Już wiele lat temu opuściłam konto na Facebooku oraz skasowałam prywatny Instagram. Mówię też całkiem otwarcie, że gdybym zaczynała przygodę z internetem raz jeszcze, na pewno nie pokazywałabym twarzy. Na to już za późno, nie użalam się, działam po swojemu, traktując swoje media społecznościowe jako narzędzie pracy (z małymi wyjątkami przesłania sobie rolek ze śmiesznymi kotami), dzieląc się tylko tym, czym naprawdę chcę się podzielić, nie kalkulując zasięgów i polubień. No i jednak poznaję dzięki nim fantastycznych ludzi, z którymi później się łapiemy już offline. I w takich momentach nie żałuję, że weszłam w internet tak, a nie inaczej.
A poranną prasówkę zaczynam na Substacku.



Z tyłu głowy ciągle mam myśl, aby usunąć konto na Instagramie. Nie zrobiłam tego ze względu na kilku przyjaciół, z którymi gram w tę grę udostępniania sobie rolek z dziećmi i kotami, ale też ze względu na to, że znalazłam kilku takich twórców jak Ty z treściami, które są wartościowe. Tęsknię za Instagramem z 2013, mało kto tam wtedy był, ale nie było reklam na każdym kroku. Swoje zdjęcia, których wrzuciłam sporo, ukryłam. Od usunięcia lub zmiany zdjęcia profilowego odwodzi mnie tylko myśl, że może jakiś znajomy z dawnych lat chciałby się ze mną tą drogą skontaktować. Co do zdjęć jedzenia, Millie Bobbi Brown w kilku wywiadach mówiła o tym, że to ona ma pierwszeństwo a nie aparat. Kto by pomyślał, że Gen Z będzie uświadamiał Milenialsom tak oczywiste rzeczy. ;) Dziękuję Ci za te wszystkie treści, z których wyniosłam ogrom wiedzy.
Ostatnie zdanie ❤️