I love LA
Bez wątpliwości!
Jeśli uwielbiałyście serial “Seks w wielkim mieście” i tęsknicie za sposobem, w jaki była w nim serwowana moda, nie oglądajcie “I tak po prostu…” (choć pewnie piszę to o kilka lat za późno). Będzie frustracja i niedowierzanie, z kilkoma być może wyjątkami potwierdzającymi regułę. Wprawdzie w tej produkcji nigdy nie chodziło o zgodność z rzeczywistością, dobrze pamiętam, gdy dwadzieścia parę lat temu pochłaniałam kolejne odcinki “SATC” na bieżąco, zastanawiając się, gdzie miałabym iść w tiulowej spódniczce i kożuszkowym bolerku (a sprawiłam sobie na wszelki wypadek jedno i drugie). Natomiast wtedy mimo wszystko to jakoś działało. W komputerowym katalogu trzymałam zdjęcia stylizacji Carrie Bradshaw, czerpiąc z tych pomysłów przez wiele lat. Po swojemu, na ile moja własna garderoba oraz warunki fizyczne pozwalały. Lubiłam piąty sezon, gdy Sarah Jessica Parker była w ciąży, a kostiumografka Patricia Field robiła wszystko, by nie było tego widać. Jak osoba naturalnie obdarzona najedzonym brzuszkiem byłam wniebowzięta. Inna sprawa, że w takim 2002 czy 2003 roku człowiek był przekonany przez wszelkie możliwe media oraz życzliwe koleżanki, że wystający brzuch to mankament, z którym należy walczyć do upadłego. Tak czy inaczej Carrie inspirowała, a ja czułam się usatysfakcjonowana własnymi interpretacjami. I też czułam się na bieżąco, tym bardziej, że już wtedy moda była dla mnie ważna.
Gdy pojawił się długometrażowy ciąg dalszy, wstrzelił się akurat w początki blogów modowych, więc może już trochę mniej życiowo, lecz wciąż dobrze się odwzorowywało te paski z ćwiekami, rozkloszowane kwiatowe spódnice czy skandalicznie wysokie szpilki (zamiast Diora była Zara oraz zapewnienia “w życiu nie miałam tak wygodnych butów”). Ale gdy wielbicielki produkcji wstrzymały oddech, by w 2021 roku odpalić pierwszy odcinek “I tak po prostu”, jakkolwiek nie byłoby różnorodnie i kolorowo, kostiumy bohaterek stały się praktycznie nieprzekładalne na codzienność. Może i na upartego dałoby się podejść do sprawy tak samo swobodnie jak dwie dekady wcześniej. Chodziło jednak o coś jeszcze. Zagubiła się szczerość tych ubrań, if you know what I mean. Miałam wrażenie, że bardziej liczą się kontrakty z poszczególnymi markami niż osobisty styl bohaterek. Że kobiety, które dwadzieścia lat temu miały wizerunek tak charakterystyczny, że raczej nie mogłyby się swobodnie wymieniać ciuchami, dziś korzystają z tego samego źródła. Ponadto, mimo obecności wszystkich najgorętszych nazwisk świata mody i nierzadko przebojów ze szczytów rankingów, zabrakło czegoś aktualnego. Tak naprawdę i autentycznie nawiązującego do sposobu, w jaki ubieramy się dzisiaj.
“Ależ to jest dobre!” - pomyślałam, oglądając pierwszy odcinek nowej produkcji HBO “I love LA”, która ledwo co się zaczęła (pięć odcinków tej przyjemności na razie). Zarówno pod względem życiowym - jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, gdy uznaję za życiowe historie z branży kreatywnej w Stanach Zjednoczonych, i to historie pokręcone, wredne i na wskroś interesowne. Hmmm… może właśnie dlatego, że sama doskonale je znam z własnego życia, wszak materiał ludzki wszędzie jest ten sam. Historie zabawne do tego, doskonale oddające klimat i naszych czasów, i wspomnianej branży, z zawodowymi i towarzyskimi absurdami na czele. Nie o mściwych influencerekach ani fałszywych stylistach dziś, lecz ubraniach bohaterek (i bohaterów). I tak jak największym sukcesem jest taka muzyka, na którą w filmie nie zwracamy uwagi, bo po prostu “siedzi”, tak i kostiumy, które “siedzą” na postaciach, są ukoronowaniem wszelkich wysiłków ich autora czy autorki (w tym przypadku Christiny Flannery).
Od razu zaznaczę, że nie są to rzeczy, w które wskoczyłabym natychmiast. Dają jednak pretekst do zanurkowania głębiej w swojej szafie i w swojej głowie, odnalezienia wspomnień, ulubionych wątków, a trochę też refleksji nad ciałem i jego obecnością w procesie ubierania się. Owszem, mamy wielki powrót bardzo szczupłej sylwetki, jak na razie bez wyjątków, co też przekazuje pewną informację o współczesności. Stylizacje mocno tę szczupłość podkreślają - no i czemu nie? Żeby się tutaj nie pokusić przypadkiem o zawstydzanie w drugą stronę niż zazwyczaj. Będą biodrówki i wystające z nich stringi. Będą sukienki baby doll, bardzo obcisłe topy na ramiączkach oraz mini t-shirty. Będą nogi, brzuchy i ramiona, a do tego mocne makijaże i charakterne fryzury. Śmiało, bez wątpliwości, i u każdej z bohaterek nieco inaczej. Wyrażanie siebie na 300%, ostatnio sporo o tym myślę w kontekście ataku klonów czy to na Insta, czy wszędzie indziej. Wiecie: te same buty, ta sama torebka, ten sam szalik - bo dobrze się klika i ulubiona influencerka takie ma. Może dlatego tak mocno zwracam na to uwagę. Choć akurat jeśli chodzi o City Bag Balenciagi, to znajdzie ona swój wątek również w omawianym serialu (nawet majaczy na drugim zdjęciu poniżej jako pierwszy, acz nieostry plan) - i już nic więcej nie mówię, by nie spalić.




Brak wątpliwości - mamy klucz. Kostiumy zdają się mówić, że na wątpliwości nie ma tu miejsca. Chaos? Proszę bardzo. Bo kto ma czas i energię, by swój strój komponować w sposób idealny, bez najmniejszego błędu? A błędem niech będzie zagniecenie, fałdka, przemieszanie stylistyczne, za które natychmiast wyleciałybyśmy z listy najlepiej ubranych w 2006 roku. Z kolei fakt ten zdemaskowałby szanowne jury, które ocenia, nie mając pojęcia o wartości oglądanych ubrań i wydając pochopne opinie. A w szafach bohaterek przeplatają się vintage propozycje od Jeana Paula Gaultiera czy Vivienne Westwood, dawna Prada i Dolce & Gabbana (zbiegiem okoliczności z tych samych czasów, w których powstawały pierwsze sezony “SATC”), Hervé Léger, Manolo Blahnik, Rick Owens oraz obowiązkowe artykuły lat obecnych, jak buty tabi Margieli, koszulka polo Miu Miu czy pokrowiec na telefon z miejscem na błyszczyk Rhode. I w tym wszystkim nie nazwałabym bohaterek ofiarami mody (swoją drogą cóż to za okropne i przestarzałe określenie), bo to one dyktują modzie warunki, nawet w balerinkach - raciczkach. Ten miszmasz oddaje też życiową sytuację tych charakternych kobiet. Pogubienie zmieszane z delulu (historyczny moment, po raz pierwszy to słowo pasuje mi w tekście), czyli życiem w świecie fantazji i własnych projekcji, ale też wzruszająca czułość wobec siebie, momentami przechodząca w samozachwyt. “Witajcie w naszej bajce”.
Na razie zaznaczam temat być może na wyrost, acz podejrzewam, że serial pod kątem kostiumów ma potencjał, który nie zostanie zmarnowany. I zapiszą się one w historii podobnie jak nasz przedpotopowy “Seks…”. A dla siebie możemy wyciągnąć z niego taką ambicję, by nawet sięgając po “to samo co wszyscy”, interpretować po swojemu, wystawiać siebie na pierwszy plan, może tylko nie kradnąc nikomu oryginalnej City Bag. Swoją drogą polecę tu niedawny newsletter do najlepszych źródłach torebek vintage z najwyższej półki, lecz niekoniecznie w najwyższej cenie. Łapcie i korzystajcie!
Witam też serdecznie wszystkie osoby, które przybyły tu po lekko histerycznych wpisach na Instagramie (kto wie, może nieświadomie zainspirowałam się paniami z “I love LA” i postanowiłam być bardziej spontaniczna?). Tematem jeszcze się zajmę, bo uważam, że warto zaznaczyć to i owo. Tymczasem zmykam w ten szary dzień, a Wam życzę udanej realizacji wszelkich zaplanowanych na dziś historii.
Harel



Do dziś nie rozumiem modiwego fenomenonu SATC, a mimo to oglądałam zwracając uwagę na ubrania. Chyba, mino wszystko, chciałam utrzymać rękę na pulsie.
Chociaż pamiętam jedną scenę, która jakoś tak mnie urzekła. Carrie buszująca po ciuchlandach w poszukiwaniu 3$ kiecki do 300$ butów. Wcześniejsze sezony miały pazur, z czasem zrobiło się z tego za dużo szanelów I innych diorów I już nie mogłam się wczuć.
wydawało mi się, że wolałam Dziewczyny, ale w końcu okazało się, że uciekałam przed samą sobą, bo jestem tą Mają, która z nożem w stopie leci na pracowe spotkanie </3